Etyka i moralność to kategorie, które przez każdego człowieka postrzegane są w inny sposób. Dla jednych, granic moralnych należy bezwzględnie przestrzegać, natomiast inni sądzą, że ich "małe" nagięcie nie będzie niosło za sobą wielkich skutków, bo przecież "nic złego się nie stanie". Czy jednak rzeczy nieetyczne bądź mało moralne to zawsze rzeczy złe?
Moralność bardzo często kojarzy nam się z Bogiem oraz religią. I słusznie, bo to właśnie z religii wywodzi się cały szereg zasad, których, według wielkich idei, powinien przestrzegać każdy człowiek, a już z pewnością osoba uznająca się za wiernego wyznawcę danej wiary. Mimo to większość ludzi tworzy swój własny system moralny, którego się trzyma i to on decyduje, co w jego mniemaniu jest dobre, a co złe. Takie podejście pozwala wykazać swoją odrębność i indywidualność, a nie ślepo podążać za tym, co mówią nam inni, nawet jeśli kompletnie się z tym nie zgadzamy. Problem z taką własną listą zachowań odpowiednich i tych, których należy się wystrzegać jest taki, że zdarza się, iż niektórzy ludzie patrzą na innych z pogardą, gdyż ich system moralny nie pokrywa się z tym drugiej osoby. Oczywiście są pewne postępowania, które są złe bez względu na to, jak bardzo giętki ma się kręgosłup moralny. Takimi zachowaniami są na przykład morderstwo czy kradzież - tego bowiem nie usprawiedliwia nic. Nie będę zajmować się jednak sprawami, które są odgórnie regulowane przez prawo - skupię się bardziej na zachowaniach, które nie mają żadnych konsekwencji czysto prawnych, a jedyne co mogą naruszyć, to sumienie. Nasze bądź czyjeś.
Sprawą, która nasuwa mi się jako pierwsza, gdy myślę o czynnościach nieetycznych, a jednocześnie praktykowaną przez bardzo liczną część społeczeństwa jest oczywiście seks. Zaczęłam od religii i póki co będę się tego trzymać, więc - jak nietrudno jest się domyślić - mam na myśli seks przedmałżeński, który według zasad katolicyzmu jest niedozwolony. Co więcej, współżycie z kimś, z kim nie zawarło się ślubu jest jednym z największych grzechów. Dlaczego zatem, gdy w grę wchodzi seks, ludzie nagle kompletnie zapominają o tym, jak wiernymi katolikami byli jeszcze kilka godzin wcześniej? W jednej chwili przestaje im przeszkadzać, że - wedle ich religii - postępują źle i z zaspokojeniem swoich fantazji erotycznych powinni poczekać do nocy poślubnej. Ale przecież do ożenku tak daleko, najpierw trzeba się dobrze poznać - kto miałby na to czas, kiedy w grę wchodzi szybkie przejście "do rzeczy"? Taka sytuacja dotyczy głównie spraw religijnych i tego, w jakim stopniu ludzie przestrzegają zasad wiary, której są wyznawcami. Wpływy wierzeniowe miały jednak tak ogromne znaczenie na kształtowanie się światopoglądu społeczeństwa, że seks przed zawarciem małżeństwa uznaje się za nietaktowny nawet wśród ludzi, którzy nie są zagorzałymi katolikami. Ba, oni często całkowicie wyrzekają się jakiejkolwiek wiary, twierdząc, że są ateistami. Ale seks przez małżeństwem? Toż to "nie wypada". Przynajmniej tak było kiedyś. Dlaczego teraz liczba takich ludzi dość gwałtownie zmalała? Ponieważ ludzie w XXI wieku przestali przestrzegać większości zasad, które odbierałyby im choć odrobinę wygody, radości i satysfakcji. W pewnych przypadkach ma to swoje bardzo negatywne skutki, lecz nie sądzę, żeby seks przedmałżeński był jednym z nich. Jeśli ludzie podejmują decyzję o współżyciu, to oznacza, że się kochają i zależy im na sobie - nie działają jak zwierzęta, które poddają się instynktowi. A przynajmniej powinno tak być, choć wiem, że taka wizja świata i relacji międzyludzkich jest dość utopijna. Przyjmijmy jednak, że owa jakimś cudem się ziściła. W takim wypadku osoby te tym bardziej są ludźmi dojrzałymi i muszą wykazywać się chociaż odrobiną inteligencji - a przynajmniej mają na tyle przysłowiowego oleju w głowie, że wiedzą, iż współżycie może nieść za sobą konsekwencje w postaci ciąży i dziecka. Zatem - ciągle trzymając się mojej wyidealizowanej wizji - jeśli ludzie po pierwsze się kochają, a po drugie zdają sobie sprawę z tego, co może się stać i biorą na siebie pełną odpowiedzialność za swoje czyny, to dlaczego coś takiego jak seks miałoby zostać im zabronione? Dlaczego uznawane jest to za złe? Tylko dlatego, że jest nieetyczne i niezgodne z wiarą? Przecież nie każdy musi być katolikiem. Co więcej, wszyscy mamy prawo do własnego systemu wartości i sami możemy decydować o tym, co jest dla nas dobre, a co złe, przy czym należy pamiętać, by nie wyrządzać krzywdy innym. W każdym razie nie rozumiem dlaczego społeczeństwo potępia seks przed małżeństwem, wysuwając argument, że to nieetyczne. Czy picie alkoholu jest etyczne? A okłamywanie rodziny, nawet jeśli chodzi o to, kto rozbił ulubioną szklankę jednego z domowników? Nawet taka błahostka jak niewinne ściąganie na sprawdzianie z matematyki przez ucznia, ponieważ "nagle z głowy wyleciał mu wzór skróconego mnożenia", gdy nawet nie otworzył zeszytu i nie wykazał jakichkolwiek chęci, by się go nauczyć - czy to wszystko jest etyczne? Nie. Ani trochę nie jest. Po prostu ma trochę mniejszy wymiar i odmienne, wydawać by się mogło, mniej znaczące skutki. Jednak to nie zmienia faktu, że takie zachowania wciąż są mało etyczne. Jednak o tym się nie mówi, to nie jest sprawa, która poruszana jest przez większość mediów.
Druga sprawa, jaką poruszę nie bardzo odbiega od poprzedniej. W zasadzie dotyczy dokładnie tego samego, lecz w nieco innej odsłonie. Wspomniałam o utopijnej wizji świata, w której każda para uprawiająca seks jest ze sobą związana emocjonalnie, kocha się i szanuje. A co z ludźmi, którzy praktykują to ze swoim przyjacielem? To również pewnego rodzaju silna relacja, lecz oczywiście nie taką miałam na myśli w poprzednim akapicie. Stawiając obok siebie seks przedmałżeński i seks z przyjacielem, bez miłości w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, pierwsza pozycja nagle zaczyna wydawać nam się całkiem znośna, czyż nie? Bo jak można współżyć z kimś, kogo się nie kocha, a tylko się z nim przyjaźni? A dlaczego by nie? Przyjaciel powinien być osobą, której można zaufać w stu procentach, a fakt, że taka propozycja w ogóle padła od którejkolwiek ze stron świadczy o tym, że ta relacja jest naprawdę bardzo, ale to bardzo silna. I najwyraźniej nie ma obaw o to, że posunięcie się o krok dalej oraz przejście w tak zwany "seks bez zobowiązań" sprawi, iż cały mur przyjaźni w pewnym momencie runie. Oczywiście są przypadki, gdy owa kamienna forteca, która wydawać by się mogło jest nie do ruszenia, nagle pada. Coś jak słynny niezatapialny Titanic. Różnie bywa. Mimo to wymaga to wielkiej odwagi i jeszcze większych pokładów wiary w siłę przyjaźni. Lecz znów pojawia się stwierdzenie, że takie zachowanie jest nieetyczne i wręcz karygodne. A ja znów pytam - dlaczego? Dopóki nikt nikogo do niczego nie zmusza, to czemu komukolwiek to przeszkadza? Każdy ma rozum i zdaje sobie sprawę z konsekwencji, więc skoro pasuje im taki układ, to dlaczego od razu zalewać ich falą bezwzględnej i pozbawionej wyrozumiałości krytyki? Bo znów - nikt obcy nie ma prawa krytykować Cię za to, że wypiłeś tego popołudnia o dwie lampki wina za dużo. To Twój interes. Ewentualnie również Twojej rodziny i najbliższych. Więc dlaczego ludzie potępiają coś, co nie ma bezpośredniego wpływu na ich życie, twierdząc, że coś jest niemoralne?
Ludzie mają niezwykle nieznośną tendencję do traktowania słów "nieetyczny" oraz "zły" jako synonimy, kiedy wcale tak nie jest. Nie wszystko, co wykracza poza ustalone przez daną osobę granice, jest jednocześnie poza obszarem dozwolonym dla innego człowieka. Nie rozumiem więc, dlaczego społeczeństwu tak ciężko zaakceptować czyjś odmienny tryb życia. Szczególnie, jeśli ci ciągle krytykowani ludzie nie wyrażają nawet jednego złego słowa na temat sposobu egzystowania innych. Niech zatem to działa w obie strony, a każdy zaoszczędzi nerwów i kłótni . Nawiasem mówiąc kompletnie niepotrzebnych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz