3 grudnia 2014

...and a diet coke, please



     Kiedy czytamy wpisy na różnego rodzaju blogach, w naszej głowie od razu zapala się jedna z dwóch lampek - pierwsza z napisem "mądrze pisze, zgadzam się", inna zaś mówi: "co to za bzdury?". Ja mam podobnie i dzisiaj, czytając post mojej twitterowej znajomej, naszła mnie fala rozmyślań odnośnie tematu oraz treści, jakie przekazała autorka. Mam na myśli bloga Silene, a konkretniej ten wpis, którego przeczytanie zalecam przed przystąpieniem do lektury mojego tekstu, gdyż odwoływać będę się bezpośrednio do tego, co napisała wspomniana wyżej blogerka.
     
     Są rzeczy, z którymi całkowicie się zgadzam, jak na przykład fakt, iż potajemne spożywanie czekoladek, ciastek czy innych bomb kalorycznych wcale nie sprawi, że od nich nie przytyjemy, ponieważ nikt nie widział jak je spożywamy. To niestety tak nie działa, nie ważne jak bardzo chcielibyśmy, żeby było inaczej. Jednakże Silene na początku swojego tekstu zwróciła się z pytaniem do otyłych dziewcząt po co się malują albo po co zakładają ubrania, które sprawią, że będą wyglądały lepiej. A dlaczego większość kobiet to robi? Po co robię to ja, moje przyjaciółki i znajome, po co robi to pani pracująca w sklepie i moja nauczycielka? Żeby czuć się dobrze, ładnie(j) wyglądać i dlatego, bo chcemy. Po prostu. Jeśli dziewczyna jest otyła to owszem, pierwszą rzeczą, na jaką uwagę zwracają ludzie będą jej fałdki tłuszczu, ale czy w pierwszej kolejności nie zauważymy u jakiejś dziewczyny jej wielkiego na pół twarzy nosa czy rozbieżnego zeza, który - nie oszukujmy się - szpeci jej twarz? Jest to prosta zasada - niedoskonałości zauważamy od razu, a równą kreskę i idealnie pomalowane usta dostrzegamy dopiero później. Zdaję sobie sprawę, że porównywanie otyłości (choć oczywiście pragnę podkreślić, że - tak jak Silene - mówię tutaj o dziewczynach, które doprowadziły się do takiego stanu z własnej głupoty, a nie w wyniku problemów zdrowotnych) do defektów, których nie możemy zmienić, może być trochę niesprawiedliwe, ale mimo to uważam, że większość kobiet maluje się czy ubiera ubrania dopasowane do swojej figury i pod kolor swojej karnacji niezależnie od tego, czy ważą kilogramów pięćdziesiąt czy sto pięćdziesiąt. Jeśli to sprawi, że nabiorą pewności siebie i doda im to choć trochę odwagi to proszę bardzo - nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nadal to robiły. W końcu to ich samopoczucie jest sprawą priorytetową, a nie to, czy wygląd danej osoby godzi w czyjś zmysł estetyczny. Ludzie mają swoje rozumy i doskonale wiedzą jakie konsekwencje niosą za sobą nieprawidłowa dieta, brak ruchu i duża nadwaga. To tylko ich indywidualna sprawa. Otyłość to już choroba cywilizacyjna, da się z nią walczyć, ale do tego potrzeba niesamowitych pokładów chęci, motywacji i przede wszystkim samozaparcia osoby, która zmaga się z tym problemem. Bo bez wątpienia otyłość to nie tylko głupota, ale również poważny problem. Ale to już temat do poruszenia w nieco innym momencie.
     
     W tekście Silene poruszany jest też wątek wstydu. Każda kobieta czegoś się wstydzi i moim zdaniem to dobrze. Oczywiście, smutną sprawą jest, kiedy dziewczyny nie akceptują u siebie czegoś, czego nie mogą zmienić lub gdy taka zmiana wiązałaby się na przykład z ryzykownymi i kosztownymi operacjami plastycznymi, lecz jeśli ten ogromny kompleks dotyczy tuszy, wszytko zaczyna wyglądać nieco inaczej. Można iść na wizytę do dietetyka, który powie nam dokładnie co mamy robić, a czego unikać, jeśli chcemy zrzucić parę kilogramów. Równie dobrze możemy wziąć się za siebie we własnym zakresie i samodzielnie zadbać o zdrowe odżywianie i odpowiednią ilość ruchu. To wszystko nie jest niczym zaskakującym, ale póki co nijak ma się do wstydu. Moim zdaniem wstyd jest dobry. Idąc za przykładami Silene - jeśli nie chcemy iść na basen albo dostajemy ataku histerii na myśl o uprawianiu seksu przy zapalonym świetle, ponieważ mamy wewnętrzną barierę z napisem "WSTYD", to nigdy nie przełamiemy się i nie zaczniemy robić tego, co lubimy, dopóki tej bariery nie zlikwidujemy. Paradoksalnie w większości przypadków powinno być tak, że jeśli ktoś wstydzi się czegoś, to za wszelką cenę powinien chcieć to w sobie zmienić, by móc zacząć cieszyć się życiem. W granicach rozsądku, rzecz jasna. Nie usiłujmy zmieniać czegoś, czego zmienić nie jesteśmy w stanie. Nie chcę, żeby mój chłopak czy mąż dotykał mojego brzucha, bo wyczuje pod palcami tę nieszczęsną fałdkę? Muszę coś z tym zrobić, pozbyć się tego, bo przecież nie mogę zabraniać mu dotykać się do końca świata i jeden dzień dłużej tylko dlatego, że jestem zbyt leniwa, by poćwiczyć godzinę lub dwie dziennie i mam zbyt mało silnej woli, by odłożyć kostkę czekolady, którą właśnie chciałam wziąć do ust. Oczywiście nie potrwa do tygodnia czy dwóch, ale jak mówią cierpliwość jest cnotą. Nie mieszczę się już w mój jednoczęściowy stój kąpielowy? A może by tak kupić nowy, większy...? Nie ma mowy! Schudnę, udowodnię sobie, że potrafię osiągnąć to, co chcę, żeby móc robić to, co sprawia mi przyjemność. Tak powinno to wyglądać. Wstyd powinien być dla kobiet (i nie tylko) motywacją, a nie wyrokiem na życie w cieniu. A co z kobietami, którym nie przeszkadza ich wygląda i czują się dobrze w swoim ciele? Tylko pozazdrościć. To ich sprawa, czy chcą mieć dziesięć kilogramów nadwagi czy nie. O ile nie wpadają w szał i nie zaczynają płakać oraz tupać nogami po usłyszeniu drobnej wzmianki od którejkolwiek z osób trzecich na temat jej tuszy, ponieważ takie zachowanie jest już bliskie herezji. Chcę schudnąć, ale jednocześnie pochłaniam cztery litry lodów czekoladowych na pocieszenie, ponieważ ktoś zwrócił uwagę na oczywisty fakt? Toż to niedorzeczność.

     Otyłość to temat-rzeka. Można mówić, spekulować, wyciągać nowe teorie, a i tak nigdy nie powie się wszystkiego. Szczególnie, że każdy człowiek to indywidualna jednostka i nie wszystkim do pozbycia się nadwagi wystarczą ćwiczenia i dobra dieta. Ale nie popadajmy w skrajności - nawet, jeśli są osoby, które przybieranie na wadze w zastraszającym tempie mają uwarunkowane genetycznie, to jednak większości pomogą standardowe metody odchudzania. I tego się trzymajmy.

2 komentarze:

  1. To pytanie we wstępie może było zbyt dużym skrótem myślowym, którym sama sobie mogłam zaszkodzić, śpieszę z wyjaśnieniem: chodzi o to, że niektórym kobietom zależy na tym, żeby się podobać, inwestują w te malowidła i fatałaszki, ale ciągle coś nie wychodzi, nie wiem, wcale nie poprawia im to humoru, a ich książę z bajki nie zwraca na nie uwagi. Albo patrzą w lustro, widzą, że są grube, więc ubierają się od stóp do głów na czarno. A żeby się wziąć za siebie... Co to, to nie. To już im do głowy nie przyjdzie, za dużo zachodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, w porządku, w takim razie faktycznie - trochę źle to odczytałam. Zatem jeśli nie poprawia im to humoru i robią to tylko po to, bo tak "trzeba", to jest to odrobinę bezsensowne. Można robić dużo, ale nic nie daje takiego efektu jak szczupła i zadbana dziewczyna. No ale niestety, trzeba się trochę postarać, żeby to osiągnąć.

      Usuń

Layout by Yassmine
UA-58058512-1