Od zawsze w naszym świecie istniały pewne zasady i prawa, które tyczyły się i obowiązywały każdego, niemalże bez wyjątku. Wiemy, że mamy nie zabijać i nie kraść, ponieważ jest to złe. Wiemy, że nie wypada nadmiernie się chwalić, bo jest to nieakceptowalne społecznie. Wiemy też, że pod żadnym pozorem nie należy odmawiać babci kolejnej porcji obiadu, choćbyśmy byli już całkowicie pełni, ponieważ narazimy się wtedy na Wielki Gniew Babuni. Te wszystkie zasady towarzyszą człowiekowi od stuleci. Mimo to, są momenty, kiedy aż wbija nas w ziemię, ponieważ okazuje się, że ludzie przed wiekami mieli dokładnie takie same spojrzenie na pewne sprawy, jakie my mamy współcześnie.
Każdy humanista, który określa się tym mianem nie dlatego, że nie potrafi matematyki, a dlatego, że pała (mniejszym bądź większym) zapałem do nauk z tej dziedziny, z pewnością zna nazwisko Boccaccio i jego dzieło "Dekameron". Dla tych, którzy jednak wolą całki i inne śmieszne oraz kompletnie niezrozumiałe wzorki, pokrótce wyjaśnię. Boccaccio to wczesnorenesansowy włoski pisarz, którego najbardziej znanym dziełem jest wspomniany wyżej "Dekameron" - zbiór stu nowel, opowiadanych przez "siedem białogłów i trzech młodzieńców" w ciągu dziesięciu dni. Teksty traktują niemalże o wszystkim - mamy tutaj zbrodnie, romanse, podróże, a także całą masę wątków erotycznych. Przechodząc jednak do meritum. W dziesiątej opowieści z dnia pierwszego, pod tytułem "Zakochany starzec", pojawił się fragment, który musiałam sobie zaznaczyć kilka sekund po jego przeczytaniu - zdumiewające było bowiem dla mnie to, jak idealnie odnosi się do naszych czasów, mimo, że powstał w 1351 roku.
"[...] niewiele ostało takich białogłów, co dowcipne słowo rozumiejąc, odpowiedzieć na nie są w stanie. Wielki to wstyd dla nas i dla wszystkich pań naszej doby. Co u dawnych niewiast ozdobą umysłu było, to dzisiejsze białogłowy tracą na ukraszenie ciała swego; ta, która się w najbardziej pstre suknie lamówką obramione przystroi, już się sobie wielkiej czci godną wydaje, a i nie pomyśli o tym, że na osła można by władować jeszcze więcej sukien niż na nią; osioł by je nosił, nie przestając być jednakowoż osłem. [...] Owe białogłowy, tak upstrzone, umalowane i przystrojone, stoją niby nieme i nieruchome posągi z marmuru; jeśli się je o co zapytać, odpowiadają tak, że lepiej by było, gdyby zmilczały. Starają się przy tym wmówić w nas, że ich niezdarność i nieumiejętność prowadzenia rozmowy w towarzystwie niewiast i zacnych mężów płynie tylko z niewinności i prostoty duszy; głupotę swoją cnotliwością zowią, tak jakby tylko ta białogłowa cnotliwą była, co umie gadać jeno z praczką, służącą lub piekarką. Pragną, abyśmy uwierzyli, że takimi już je natura stworzyła [...]"
Przypomnę, że tekst ten powstał w połowie wieku czternastego, a nie w 2015 roku. Zaskakujące, prawda? Trzeba przyznać, że Boccaccio wiedział co pisze, chociaż pewnie nie przypuszczał, że ponad sześćset lat później jego słowa wciąż będą tak aktualne. Dzisiaj również coraz mniej jest kobiet, które mają do powiedzenia coś mądrego i znają się na czymś więcej niż na nakładaniu dwóch centymetrów szpachli każdego ranka. I owszem, ten stan rzeczy nadal jest poniekąd wstydem dla światłych pań, które niejednokrotnie wrzucane są do jednego worka z tymi - ładnie ujmując - odrobinkę mniej oczytanymi. Piękne i inteligentne kobiety to niestety coraz większa rzadkość i jeśli na taką się trafi, można spokojnie stwierdzić, że miało się bardzo dużo szczęścia.
Pozwoliłam sobie podkreślić dwa kluczowe dla mnie fragmenty, idealnie pokazujące jak rzeczywiście ma się sprawa ze współczesnymi z kobietami na przestrzeni wieków. Makijaż, piękne suknie, utrefione loki - owszem, to wszystko jak najbardziej może dodać kobiecości i seksapilu, ale niestety niewiele pomoże białogłowej, która jest po prostu głupia. No chyba, że natrafi na prymitywnego faceta, dla którego nie liczą się żadne wartości - wtedy niech taka pani niczym się nie przejmuje, będzie miała piękne życie. Boccaccio może i wybiera dość mocne porównanie - nikt bowiem nie chciałby być określony mianem "osła" - jednakże nie przychodzi mi na myśl nic trafniejszego. Jeśli ma się pleść głupoty, lepiej milczeć - święta prawda. Po co załamywać innych ludzi swoim niskim ilorazem inteligencji? Korzystniej dla takich kobiet byłoby zasznurować usta i odpuścić sobie dorzucenie swoich trzech groszy. Wszyscy lepiej byśmy na tym wyszli.
Niewinność, prostota duszy i cnotliwość. Och, jak pięknie powiedziane! Niektóre "ciężkomyślące" niewiasty naprawdę postrzegają siebie w samych superlatywach, bez najmniejszego cienia krytyki. Zastanawiam się, czy może być coś gorszego i powoli dochodzę do wniosku, że chyba nie. Sentencja "wiem, że nic nie wiem" z pewnością nie zostanie mottem życiowym przysłowiowej blondynki. Może łatwiej byłoby zdzierżyć kobiety, które mimo wszystko mają świadomość swojej niewiedzy, a nie te, które szczycą się swoją rzekomą inteligencją, jednocześnie niemalże na każdym kroku dając dowód na to, że nie mają jej ani odrobiny. Z dwojga złego chyba lepiej być wobec siebie zbyt krytycznym, niż zbyt próżnym. Jednak do kobiety, dla której najwyższą wartością jest jej wygląd, nie dotrze się nawet siłą, ponieważ wszystko i tak przepadnie w pustce jej umysłu. Walka ani kłótnia z głupim nie ma najmniejszego sensu, bo żadnego efektu i tak nie otrzymamy, a tylko niepotrzebnie zszargamy sobie nerwy, które lepiej tracić na coś bardziej wartościowego niż na bitwę z wiatrakami.
To naprawdę piękne, jak wiele uniwersalnych prawd można znaleźć w "Dekameronie". Czytanie takich rzeczy wprawia mnie w doskonały humor, bowiem takie słowa podnoszą na duchu, uświadamiając mi, że od wieków musimy zmagać się z dokładnie tym samym problemem kobiet wyglądających jak chodząca kula dyskotekowa (choć może w czternastym wieku aż tak się jednak nie świeciły... jeszcze). Tak czy siak wiedzmy, że nigdy nie byliśmy sami i najprawdopodobniej nigdy w tym boju osamotnieni nie będziemy.
Reasumując: Boccaccio na prezydenta!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz